Zapiski z oblężonego miasta, czyli świat oczami inteligenta
counter

Kino

poniedziałek, 18 sierpnia 2008
Tak powinien brzmieć tytuł filmu, który nie wiedzieć czemu nosi tytuł „Przebudzenie” i jest cienkimi popłuczynami po motywach „Comy”. W obu tych filmach mamy motyw lekarzy dorabiających się na przeszczepach i śmierci pacjentów. Ale w tym filmie...

Ponoć główny bohater jest inteligentnym i rzutkim rekinem biznesu mającym serce, co już samo w sobie jest mało prawdopodobne. No i tenże mózgowiec dopiero w stanie śmierci klinicznej doznał olśnienia i połączył fakty pomimo tego, że już wcześniej miał ich wystarczającą ilość, aby domyślić się, że żona ma go w dupie (przepraszam, że zdradzam przebieg akcji) i zależy jej tylko na jego kasie. Jakby nie mógł się domyślić, że przy jego aparycji (gra go Hayden „Drewniana Twarz” Christensen znany szerzej z roli Anakina Skywalkera) kobieta mogła polecieć tylko na pieniądze...

Ale nie w tym tak naprawdę jest problem. Materiał wyjściowy jest w sumie niezły i można było zrobić z tego ciekawy i trzymający w napięciu 25 minutowy odcinek „Strefy Mroku” (pamiętacie to jeszcze?), ale na boga, nie niemal 90 minutowy film!

Gdzieś w trakcie zdrzemnąłem się nieco i dopiero gdy moja młodsza siostra subtelnie dała mi znać łokciem po żebrach, że chrapię obudziłem się na samo zakończenie. Które nijak nie odbiegało od moich przewidywań, niestety...

No i nie da się ukryć, że Jessicę Albę z jej słodkimi oczkami i równie drewnianą twarzą jak u Anakina wolałbym chyba jednak zobaczyć w jakimś pornosie. Może przynajmniej w nim grałaby więcej niż jedną miną...

Do następnego,

Intel-e-gent

PS Ale nachosy mieli dobre :)

22:29, intel-e-gent , Kino
Link Komentarze (2) »
niedziela, 20 lipca 2008
To był naprawdę fatalny bankiet. Nie dość, że pod gołym niebem, na niewygodnym agorowym patio, to jeszcze trafiłem na stare, narzekające baby w szpilkach, które musiałem co chwila chwytać aby się nie przewróciły. Wokół było tyle wspaniałych, potykających się lasek, a ja trafiłem na te, które atrakcyjne były dla 80 latków.

No ale nic to, pomyślałem, popijając soczek. Przynajmniej można się napatrzeć na to co się dzieje. Jaaasne.

Musiałem stać tyłem, poświęcając całą uwagę najpierw paniom, potem komórce. I wysłuchiwaniu ciągłego gadania o Agencji. Tymczasem wszyscy tylko ruszali ustami, udając, że rozmawiają. Na tak sztywnym bankiecie nie byłem od czasu, gdy trafiłem na bankiet ze Święcickim, który wyżarł całego łososia zanim dano znak, że można już wchodzić i jeść. No, ale to szczegół.

Właśnie, łosoś kusząco leżał i się psuł, a ja stałem dwa metry od niego, starając się przesuwać tak aby znaleźć się bliżej i chwycić małą porcyjkę. Urocza brunetka po drugiej stronie stołu robiła to samo, a kilka metrów dalej pewna blondynka robiła się zielona na myśl o podnoszeniu do ust filiżanki z zimną kawą.

I kiedy już brunetka wyciągnęła rękę, kiedy już upragniony łosoś był prawie w zasięgu jej palców... rozległ się krzyk:

NIE JEMY REKWIZYTÓW!

No tak... plan filmowy ma swoje bardzo istotne wady.

Do następnego,

Intel-e-gent


20:48, intel-e-gent , Kino
Link Komentarze (3) »
czwartek, 17 kwietnia 2008

Już dawno nie wychodziłem z kina z tak silnym poczuciem straconego czasu. Zapewne dlatego, że mimo wszystko staram się unikać złych filmów. Niestety, tym razem skusiło mnie darmowe zaproszenie na pokaz przedpremierowy i udałem się na seans Pory mroku.

Już od pierwszej sceny wiedziałem, że scenarzysta wpadł na pomysł wykorzystania modnych wątków tajemniczych badań prowadzonych na Dolnym Śląsku przez III Rzeszę, ale nie przypuszczałem, że pomysł autora scenariusza będzie aż tak poroniony.

Pomijając całkowicie nieudane próby budowania atmosfery strachu i klaustrofobicznego nastroju oraz liczne odwołania do "klasyki" horroru ostatnich lat, to mieliśmy szansę obejrzeć kretyńskie miotanie się po podziemiach, paru nieudolnych staruszków bredzących coś po niemiecku i świetnie grających wariatów aktorów, marnujących się w tej produkcji (zamiast w remake Lotu nad kukułczym gniazdem, albo chociaż 12 małp).

Gdyby nie to, że w pewnym momencie zasnąłem, film stałby się dla mnie nie do wytrzymania głupi i nudny.  Na szczęście moje zmęczenie okazało się silniejsze od głośnego dźwięku i smacznie zasnąłem, ku wesołości zgromadzonej publiki.

Mimo to zastanawiam się, czemu ta komedia była tak mało śmieszna...

Do następnego, 

Intel-e-gent

PS Tradycyjnie zapraszam do odwiedzania mojego bloga politycznego pod nowym adresem

http://lewysierpowy.blox.pl  

11:55, intel-e-gent , Kino
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 31 marca 2008

Przyznam szczerze, że po wizycie w kinie na filmie "Nie kłam kochanie", fakt nieco przymusowej wizycie, przestałem rozumieć niektórych krytyków. A przynajmniej jednego, konkretnego krytyka.

Paweł Felis, bo o nim mowa, chyba nie rozumie idei kina komercyjnego, rozrywkowego i nie dociera do niego, że filmy tej klasy mają przede wszystkim bawić, a nie dostarczać wyższych emocji. Nie muszą to być filmy doskonałe i nie muszą mieć perfekcyjnego scenariusza.

Ciekawe jednak, że te negatywy, na które wskazuje Felis w "Nie kłam kochanie" zupełnie nie przeszkadzają mu w filmach, które nagminnie poleca - pod warunkiem, że jest to kino tzw. ambitne i najlepiej nepalskie czy tadżyckie (względnie afgańskie). W tych filmach scenariusz może być absolutnie nieprawdopodobny i totalnie denny, ale wtedy tłumaczy to Felis odmiennością kulturową względnie mistycyzmem.

Doznałem więc wkurwu i dochodzę do wniosku, że część problemów polskiego kina można rozwiązać na drodze samobójstwa kolegi Felisa. Względnie rozpoczęcia przez niego pieprzenia na innym froncie niż krytka filmowa.

Co bowiem dostaliśmy w "Nie kłam kochanie"? Dostaliśmy przyzwoity produkt, względnie dobrze zagrany i świetnie sfilmowany. Poza tym, co ważne, wreszcie śmieszną polską komedię romantyczną.

Nie powiem też, że nie był dla mnie istotny fakt, że nie oglądałem w tym filmie żadnych, pożal się boże, dyżurnych amantów polskiego kina takich jak Maciej Gracjan Zakościelny. Zamiast tego mogłem oglądać Piotra Adamczyka, aktora z krwi i kości, równie dobrze, jak się okazało, czującego się dobrze w repertuarze dramatycznym (Chopin - pragnienie miłości), hagiograficznym (nieszczęsny Karol - człowiek który został papieżem) i komediowym. Zaimponował mi Adamczyk tą rolą, bo wygląda na to, że uda mu się uciec od łatki aktora który zagrał papieża (co mogło udupić go na całą karierę).

O Marii Żmudzie-Trzebiatowskiej (czy jakkolwiek ona się nazywa) można powiedzieć, że wypełniła swą rolę całkowicie - miała ślicznie wyglądać i wyglądała. Grać nie miała co (może jedna, dwie sceny), ale przecież nie o to w komedii romantycznej chodzi (w przypadku kobiet, niestety, szowinizm jakiś). Niemniej byłem nią zachwycony, bo przecież miała być ślicznym dziewczęciem i nim była (w przeciwieństwie do dyżurnej bohaterki takich filmów Grochowskiej, która wygląda jak patyk i marnuje się w takich filmach).

Zachwyciły mnie też perełki, w postaci Szapołowskiej, a już szczególnie Tyszkiewicz. Te kobiety są klasą samą w sobie i dostarczyły mi dużo dobrej zabawy.

Ale największą zaletą tego filmu jest strona wizualna. Napisano już wiele o tym jak pięknie sfilmowano w tej produkcji Kraków, to ja dodam, że jeszcze piękniej wyglądała droga, którą pokonywali główni bohaterowie - jesień w Polsce jest bardzo piękna i nareszcie ktoś to uchwycił w niezapomnianych obrazach.

Podsumowując - dostałem dobry produkt za dobrą cenę (no dobra, z tą dobrą ceną to przesada, Cinema City powinno dopłacać do biletów za tę ilość reklam serwowanych przed seansem). I jestem zadowolony, bowiem nie oczekiwałem niczego więcej. Co panu Felisowi warto byłoby dać pod rozwagę.

Do następnego

Intel-e-gent

PS Zapraszam na nową odsłonę mojego politycznego blogowania na

 

10:12, intel-e-gent , Kino
Link Dodaj komentarz »