Zapiski z oblężonego miasta, czyli świat oczami inteligenta
counter
Kategorie: Wszystkie | Kino | Literackie | Od redakcji | Politologiczne | Polityczne | osobizde ;)
RSS

Politologiczne

poniedziałek, 19 listopada 2007

Jest dobrze...

Naprawdę! Odkąd Jarosław Kaczyński przestał być premierem, zaczyna się robić mniej ciekawie ogólnie, za to bardziej interesująco w szczegółach. Zupełnie innego poziomu zaczyna bowiem nabierać debata publiczna nad ważnymi wyzwaniami czekającymi nasze państwo i społeczeństwo.

Wystarczyło, że PiS zniknął z rządu i okazało się, że również przedstawiciele klasy menedżerskiej (taka klasa społeczna zajmująca się głównie pasożytowaniem, a czasem również zarządzaniem) potrafią pomyśleć o tym jak przedstawić swój interes klasowy tak, aby wydał się on korzystny również dla słabszych członków społeczeństwa.

Pewnie już czytaliście tekst Cezarego Stypułkowskiego (doktora prawa, niechaj mu będzie) o tym, że warto zostawić podatek Belki (czyli podatek od zysków kapitałowych), a w zamian wprowadzić ulgi stymulujące oszczędzanie w III Filarze emerytalnym.

Propozycja ta brzmi bardzo sensownie, szczególnie w świetle żądań niektórych przedstawicieli klasy menedżerskiej, domagających się zniesienia większości podatków mogących obciążać dochody klas wyższych i wprowadzenia podatku liniowego, a więc degresywnego (w warunkach polskich). Co prawda dr Cezary Stypułkowski chciałby wprowadzenia podatku liniowego, ale nie upiera się przy tym zbytnio, traktując tę kwestię jakby od niechcenia.

Bardziej interesuje go bowiem, i tu odsłaniamy jego najważniejszy zamysł, skierowanie jak największej ilości pieniędzy do III Filaru (czyli mało popularnych IKE). Przypomnijmy więc może czym III Filar jest - to dobrowolne ubezpieczenia emerytalne bez gwarancji państwowych, bez gwarancji, że się na tym zyska itp. Za to z gwarancją, że ktoś na tym zarobi, niekoniecznie oszczędzający (choć oczywiście oszczędzający może na tym zyskać całkiem przyzwoite, a nawet bardzo dobre pieniądze).

Doktor Stypułkowski przekonuje do III Filaru, oczywiście, powodowany całkowicie altruistyczną troską o dobrostan obywateli korzystających z ZUSu i OFE i nie ma to zupełnie związku z jego pracą w sektorze bankowym. Martwi się on o to, że z ZUS i OFE możemy nie uzyskać więcej niż 50% ostatniej pensji i życie na emeryturze może dla nas oznaczać biedę.

Nie chcę być wredny (bo złośliwy jestem aż nadto), ale dr Cezary Stypułkowski wykazuje tym samym absolutną niewiarę w umiejętności swoich kolegów po fachu zarządzających Otwartymi Funduszami Emerytalnymi, bądź wykazuje skrajny cynizm związany z ekspercką wiedzą o tym ile naszych pieniędzy pochłaniają dochody tychże kolegów.

Odrzucając jednak złośliwości i wredność, trzeba przyznać dr Stypułkowskiemu rację w tym, że mojemu pokoleniu emerytury zapowiadają się śmiesznie niskie, pomimo (a może dzięki) reform systemu emerytalnego jakich doświadczyliśmy w ostatnich 10 latach. Nie oznacza to jednak, że nasz system emerytalny jest idiotycznie urządzony - stworzenie OFE, przy całym moim socjalistycznym podejściu do życia i społeczeństwa, uważam za pomysł dobry, choćby ze względu na to, że pozwala to nam uświadomić jak niskie koszty ma monstrualnie rozrośnięty ZUS (można sobie to dość łatwo porównać, koszty ZUS to jakieś 1%, a OFE - zapraszam na stronę dawnego KNUiF). Pozwala też zobaczyć jak wydajne potrafi być inwestowanie na giełdzie (co jest drugą stroną medalu).

Warto jednak sobie uświadomić, że stan ten spowodowany jest także unikaniem przez pewne klasy społeczne płacenia składek ZUS jak i degresywnym naliczaniem tych składek - biedak i średniak płacą składki przez całe życie, najwyższe klasy płacą tylko w styczniu każdego roku, najdalej w lutym...

Niemniej, głos Cezarego Stypułkowskiego w dyskusji jest ważny - po pierwsze, klarownie wykłada o co mu chodzi i akceptuje podatek od dochodów kapitałowych, podkreślając jego obecność w najbardziej liberalnych społeczeństwach. A to pierwszy krok do uświadomienia sobie przez klasę menedżerską, że ona również ma obowiązki wobec społeczeństwa. A po drugie robi to bez emocji i rzucania oskarżeń o to, że podatki to okradanie obywateli, co jest zdecydowanym postępem.  

Jest dobrze!

Do następnego,

Intel-e-gent

PS A na deser, trochę edukacji muzycznej. W końcu teściowa wykłada na Akademii Muzycznej, więc trza wczuć się w rolę ;) Wykonanie nie jest perfekcyjne, ale mnie się podoba...

 

 

 

środa, 07 listopada 2007

Do diaska, to już 90 lat minęło od dnia, w którym bolszewicy przejęli władzę w Petersburgu (Piotrogrodzie).

Oczywiście, z racji wieku, nie mogę powiedzieć, że to pamiętam :)

Niemniej to wydarzenie oznaczało ostateczny koniec pewnej epoki, zwanej przez niektórych I globalizacją (inni niektórzy twierdzą, że koniec ten nastąpił w Sarajewie, ale ja przychylam się do tezy o 7 listopada). Oznaczało też, czego domyśla się niewielu, szansę na niepodległość dla Polski.

I właśnie o tym, w zbliżającą się 89 rocznicę odzyskania niepodległości, warto przypomnieć. Gdyby nie Rewolucja, Rosja byłaby w obozie zwycięzców, co na pewno utrudniłoby odzyskanie niepodległości przez nasz mały kraj w środku Europy. Nie pomógłby nam Wilson, bo wtedy jeszcze USA nie były supermocarstwem, choć już były na dobrej drodze do tego statusu. Wielka Brytania nie chciałaby osłabiać Niemiec, a Francja chciałaby wspomóc Rosję. Polska mogłabyć ograniczona do terytorium Cesarsko-Królewskiej Galicji, a to już nie byłoby to samo (pomijając fakt, że wygrałby PiS ;) ).

Tak więc my Polacy mamy całkiem spory powód do nieco mniej gorzkiego wspominania tej rocznicy (tak, pamiętam o innym skutku, czyli Jałcie).

Inna rzecz, że znacznie więcej narodów ma powody do całkiem przyjemnego wspominania Rewolucji Październikowej. Kto wie, czy New Deal miałby rację bytu gdyby nie istnienie, gdzieś tam daleko, kraju, w którym każdy miał pracę (inna rzecz, że sporo osób całkowicie niedobrowolnie, ale z tego mało kto zdawał sobie podówczas sprawę).

Nie wiadomo też, czy powstałaby Unia Europejska, która była przecież nie tylko próbą przezwyciężenia wojennej traumy, ale też próbą stworzenia alternatywy dla atrakcyjnego dla wielu ludzi modelu państwa, w którym nie trzeba obawiać się bezrobocia (a przecież wtedy nie dało się przewidzieć, że system ten załamie się pod swoim własnym ciężarem).

Moim zdaniem nie byłoby rozbudowanych programów opieki socjalnej w krajach Zachodu i długotrwałej dominacji systemu, który można nazwać kapitalizmem z ludzką twarzą, gdyby nie oddech ZSRR na plecach przywódców Zachodu, którzy nie wiedzieli wtedy, że system ekonomiczny ZSRR był w takim samym stopniu oparty na wyzysku jak kapitalizm i tak samo dominowali w Sojuzie menedżerowie, mający podobnie absurdalnie wysokie pensje jak ich koledzy na Zachodzie.

Teraz, gdy nie istnieje już przymusowy raj ZSRR i demoludów, nie ma już też widocznej alternatywy dla przymusowego raju równie utopijnego neoliberalizmu. Historia zatacza więc swoiste koło, bowiem znów mamy na Zachodzie narastające nierówności społeczne, podróże bez (lub prawie bez) paszportów i wiz i szybko rosnący poziom wymiany handlowej. Znów nawarstwiają się różnice klasowe i wracają pomysły przekazania edukacji, służby zdrowia czy systemów emerytalnych w prywatne ręce.

Co mnie, nie wiedzieć czemu, bawi :)

A więc piję kielicha za Rewolucję i jej pozytywne skutki.

Do następnego,

Intel-e-gent

PS Może się zdarzyć, że będę pisał o wiele mniej regularnie. Niestety mój komputer odmawia posłuszeństwa, a ten  na którym piszę ma diabelnie niewygodną klawiaturę (pomijając fakt, że nie należy do mnie i muszę się jeszcze do niego dopchnąć... ) 

sobota, 28 lipca 2007

Politycy podkreślający w mniejszym lub większym stopniu swoją przynależność do liberalnego i neoliberalnego nurtu politycznego przywiązują bardzo dużą uwagę do gospodarki i uwolnienia wszelkiego obrotu gospodarczego od kontroli państwa. Z zasady są też przeciwnikami regulowania płac przez państwo, wychodząc z założenia, że to rynek powinien kształtować wypłaty.

Najnowszy w tej dyskusji, będący powtórzeniem głosów hordy ekspertów z CASE i innych instytucji mniej lub bardziej eksperckich jest głos Janusza Palikota, którego przedstawiać chyba nie trzeba.

http://palikot.blog.onet.pl/2,ID236077090,index.html

W skrócie rzecz ujmując, domaga się on uwolnienia płac menedżerów w państwowych firmach, w celu przyciągnięcia do nich najlepszych specjalistów. Uważa on bowiem, że menedżerowie w firmach należących do nas, obywateli, są pokrzywdzeni. Szczególnie wobec kolegów z prywatnych, a więc należących pośrednio do nas, członków funduszy emerytalnych i inwestycyjnych, firm.

W rozpaczliwym niemal tonie, Palikot pisze, że biedni menedżerowie zarabiają w państowych spółkach tylko sześciokrotność średniej płacy i twierdzi, że nie można się dziwić, że szukają źródeł dodatkowego zarobku? Że biorą na swoje barki pracę w radach nadzorczych - żeby dorobić - że są podatniejsi na korupcję i coraz częściej po prostu uciekają z tego biznesu? Jeśli po sąsiedzku, u prywatnego właściciela, dostają kilka razy więcej...?

Doprawdyż pieski los menedżera, prawda? Ale zaraz, zaraz... Co pisano o tym lata wcześniej?

Zwraca uwagę rażąca dysproporcja pomiędzy robotnikiem (1800/rok) a dyrektorem (...) (45000/rok)1

I teraz krótka zgadywanka - jakiego kraju dotyczy powyższy cytat?

Osoba, która wiedziała, że chodzi o ZSRR, dostaje uścisk dłoni prezesa.

Moim zdaniem, wspartym zresztą autorytetem zapomnianych czemuś autorów krytykujących system ekonomiczny ZSRR, jest bowiem tak, że obecnie właśnie w państwowych firmach menedżerowie są wynagradzani mniej więcej stosownie do ich udziału w sukcesie ekonomicznym firmy, którą zarządzają.

Obecnie przecenia się rolę menedżera w sukcesie firmy. Oczywiście jest on niezbędny, ale nie bardziej niż wykonawca jego poleceń. Niezbędna jest również kontrola nad poczynaniami menedżerów, ale tej brak było i w ZSRR jak i we współczesnej gospodarce. Alarmujący jest fakt, że 60% rad nadzorczych nie spełnia swoich statutowych zadań2. Zresztą, jak pisze sam Palikot w radach nadzorczych zasiadają menedżerowie, tworząc w efekcie układ (fuj, brzydkie słowo) wzajemnych powiązań. Warto to prześledzić biorąc jakiekolwiek nazwisko z listy rady nadzorczej jakiejkolwiek firmy i wrzucając je w "google". Na trzy sprawdzone nazwiska, dwa pojawią się nam jako członkowie zarządów innych firm. Hmm... Rynek reguluje płace...

Niemniej Palikot próbuje zachować kontakt z rzeczywistością - domaga się bowiem dajmy im zadania, oczekujmy wyników, rozliczajmy ich, kontrolujmy - ale też pozwólmy im zarabiać. Niemniej, próba ta jest nie do końca udana, bo poseł PO wydaje się nie wiedzieć, tego co już napisałem o radach nadzorczych albo udaje, że tego nie wie. Zakładam jednak, że nie wie, bo nie lubię zakładać, że ludzie celowo okłamują innych w celu osiągnięcia własnych korzyści (naiwność jest moją immanentną cechą).

Generalnie problem jest jednak szerszy niż zbyt wysokie wynagrodzenia menedżerów i brak kontroli nad ich poczynaniami. Problemem jest całkowity brak odpowiedzialności menedżerów przed społeczeństwem oraz, co gorsze, fakt że system w którym 10% społeczeństwa kontroluje więcej niż 50% PKB musi się kiedyś zawalić. Nie można przecież podważyć faktu, że ZSRR upadł, prawda?

Wniosek Palikota, by podwyższyć płace menedżerom w państwowych firmach uważam zatem za chybiony. Myślę, że znacznie lepsze byłoby zacieśnienie kontroli społecznej nad menedżerami w prywatnych firmach. Może zabrzmi to źle, ale uważam, że państwo powinno wymusić, aby w radach nadzorczych zasiadali przedstawiciele pracowników, a rady pracownicze miały większy wpływ na to jak wynagradzani są menedżerowie. Nie jest bowiem skandaliczny poziom pensji zarządów w państwowych firmach, skandaliczny jest ich poziom w firmach prywatnych. A jeżeli menedżerowie chcą zarabiać więcej, to niech zrobią to co radzą każdemu domagającemu się podwyżek - niech założą własne firmy.

Do następnego,

Intel-e-gent

Przypisy:

1 Milovan Dijlas, Nowa klasa wyzyskiwaczy, Paryż 1957, s. 54-55;

2 Stanisław Rudolf (red), Nadzór właścicielski w spółkach prawa handlowego, Warszawa 1999, s. 36

niedziela, 20 maja 2007

Parada się odbyła i było super. Atmosfera nieustającej imprezy i zabawy, tak powinno być na każdej demonstracji :)

Podobało mi się też dlatego, że już dawno nie mogłem sobie popatrzeć na tyle pięknych kobiet w jednym miejscu. Koncentracja wspaniałych biustów, nóg, pup i twarzy powodowała u mnie oszołomienie i radość. Warto było pójść na Paradę :)

A jednak naszło mnie przy tym kilka refleksji, które nie są dla lewicy przyjemne. Jak się dobrze zastanowić, to lewica zajmuje się ostatnio przede wszystkim obroną praw mniejszości. I bardzo dobrze, gdyż ktoś musi chronić mniejszości przed oszołomami typu Młodzieży Weszpolskiej (oops... Wszechpolskiej znaczy się ;p ). Ale czy to jest najważniejsza sprawa dla lewicy?

Wydaje mi się, że nie i jest to problemem lewicy. Polskie partie lewicowe (oczywiście poza marginalnymi PPP czy Racją) nie zajmują się obroną praw milczącej większości - pracowników najemnych. Wydaje się, że LiD pogodził się już z powrotem do XIX wiecznych form kapitalizmu w relacjach pracodawca-pracownik.

Tymczasem, jeżeli lewica myśli o tym, by wygrać wybory, to nie może pozwolić sobie na ignorowanie tej licznej grupy. Najliczniejszej, jeśli dobrze się przyjrzeć. I niewątpliwie najsłabszej. Przedstawicieli tej grupy możemy obejrzeć w "Fakcie", "SE" czy w "Uwadze", ale nie zobaczymy ich, tak naprawdę w serialach czy programach publicystycznych. No dobrze, może "Hela w opałach" i "Kiepscy" są wyjątkiem, ale on naprawdę wiosny nie czyni.

Poza tym wszystkie partie polityczne (te głównonurtowe) zajmują się przede wszystkim elitami. Wmawia się nam, że to elitom finansowym należy ułatwiać życie, by następował wzrost gospodarczy; że to elity powodują wzrost bogactwa narodowego itp. Zapomina się zaś o tych, którzy za marne pieniądze pracują na bogactwo elit. Zresztą, klasy wyższe też już zapomniały, że ktoś na ich apanaże pracuje. Najlepszym przykładem tego było traktowanie pracowników w jednej z moich prac, gdzie pani dyrektor wprost powiedziała, że pracownicy są w sytuacji bitej żony, z tą różnicą, że nikt nie zadzwoni po policję. Odczułem wtedy, że konflikt klasowy wcale nie przeminął, po prostu daliśmy sobie wmówić, że wzrost bogactwa klas wyższych działa dla dobra całego społeczeństwa, zapominając o gorszej ewentualności: że to wcale nie musi być prawdą. Że klasy wyższe mogą bogacić się kosztem klas niższych, kosztem klasy pracowników najemnych.

I właśnie obroną tych ludzi, pracowników najemnych lewica powinna się zająć. Nie zapominając o obronie mniejszości. Inaczej lewica przestanie być lewicą.

Uch, jak to pesymistycznie zabrzmiało.

Do następnego,

Intel-e-gent

środa, 04 kwietnia 2007

Następny kraj naszej części Europy chce wprowadzić podatek liniowy. Wydawałoby się, że Czesi (oni tu bowiem broją ;) ), są narodem zdroworozsądkowym, ale okazuje się, że nie w każdej sytuacji. Podatek liniowy, choć ma niepodważalne zalety, ma też niepodważalne wady, które już ujawniły się w krajach korzystających z tego systemu.

Do niewątpliwych korzyści podatku liniowego możemy zaliczyć jego prostotę. Nawet przeciętny obywatel może bez problemu i pomocy doradcy sam wyliczyć należny podatek, nie potrzebując przy tym rozbudowanych formularzy. Ułatwia to urzędom kontrolę zeznań i pozwala na większą ściągalność podatków.

Niemniej każdy medal ma dwie strony. Podobnie jest z podatkiem liniowym. Nawet profesor Orłowski z PricewaterhouseCoopers zauważył, że wprowadzenie tej formy odpodatkowania dochodów osobistych przyczyniło się do zwiększenia nierówności społecznych. Przyznał w ten sposób, choć półgębkiem, że podatek liniowy służy tylko tym, którzy są na górze drabiny społecznej, zwiększając przy tym ciężar ponoszony przez dolną część tejże drabiny.

Z historii znamy już system społeczny, w którym większość ciężarów podatkowych ponosili najbiedniejsi i średniacy. Nazywał się feudalizm i nie można nazwać go systemem sprawiedliwym.

Jednakże wprowadzenie tej formy podatku przyczyniło się w większości krajów do zwiększenia dochodów państwa (choć udział dochodów z podatków w PKB zmalał). O co więc cały ten krzyk? Ano o to, że nie może być tak, że najbiedniejsza część społeczeństwa ponosi koszty utrzymania państwa. Poza tym, wprowadzając podatek liniowy, państwo pozbawia się narzędzia polityki społecznej wymuszającego większy egalitaryzm. W efekcie pozbawia się narzędzia pozwalającego zapewniać spokój społeczny.

Nawoływanie do wprowadzenia podatku liniowego przypomina nawoływanie do konkurencji tanią pracą. Oczywiście można, ale po co? I tak nieodpowiedzialni menedżerowie będą szukali tańszych pracowników, by móc zwiększać swoje premie. Problemem nie jest bowiem podatek progresywny, ale brak perspektywicznego myślenia.

Zwiększanie nierówności społecznych prowadzić może do wybuchu społecznego, znanego w historii jako rewolucja. A tego nikt z nas nie chce. Może więc warto zacząć myśleć w dłuższej perspektywie niż najbliższy rok i najbliższy koniec kwartału na giełdzie?

Do nastęnego,

Intel-e-gent

 
1 , 2 , 3