Zapiski z oblężonego miasta, czyli świat oczami inteligenta
counter
Kategorie: Wszystkie | Kino | Literackie | Od redakcji | Politologiczne | Polityczne | osobizde ;)
RSS

Polityczne

środa, 19 marca 2008

Wystarczyło kilka krwawo stłumionych demonstracji w Tybecie, by wszyscy sobie nagle przypomnieli jak bardzo demokratycznym krajem są Chiny, ulubiony kraj wszystkich firm. Nagle bardzo dużo ludzi się sprzeciwia, chce bojkotować. A nawet wyrzucać chińskie produkty do kosza.  Piękne to i idealistyczne. I nieskuteczne.

Nie zatrzymamy już Igrzysk w Chinach. Nie zdejmiemy już reklam Honkongu z Jack`em Chanem. I nie przekonamy sportowców do tego aby nie jechali. Zresztą, byłoby to bez sensu.

Nie jesteśmy w stanie bojkotować chińskich produktów - otaczają nas wszędzie. Ubrania, buty, elektronika i inne towary są chińskie, często bez informacji na metce. Musielibyśmy bojkotować wszystkie, w zasadzie, wielkie koncerny i co dalej? Tym bardziej, że musielibyśmy to robić wybiórczo, z wysiłkiem identyfikować co zrobiono w Chinach, a co nie. To bez sensu.

Dobrze też wiemy, że niewiele państw zdecyduje się teraz na bojkot Chin i Igrzysk. Chiny mają w garści USA i Unię - wystarczy, że zamienią swoje rezerwy walutowe z dolara na euro by dobić USA i zarżnąć eksport krajów Unii.

Poza tym to nie państwa mają wpływ na to gdzie odbywają się Igrzyska, tylko sponsorzy Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego. I tu pojawia się możliwość skutecznego zapobiegania odbywaniu w przyszłości Igrzysk w krajach nieliczących się z człowiekiem. Mamy dwie możliwości, które się wzajemnie uzupełniają.  

Po pierwsze, możemy po prostu nie oglądać transmisji z Igrzysk. Jeżeli kilka procent widzów rzeczywiście oglądałoby co innego w tym czasie, to byłby to widoczny znak, że kwestie praw człowieka nie są ludziom obojętne. I uczyniłby Igrzyska nieopłacalnymi dla stacji telewizyjnych.

Po drugie, możemy starać się bojkotować  sponosorów Igrzysk. Jeżeli sponorowanie tej imprezy przyniesie straty żadna firma nie zdecyduje się już na bycie oficjalnym partnerem imprezy tej rangi w kraju takim jak Chiny. 

Prawda jest bowiem taka, że Igrzyska są obecnie wielkim biznesem. A z wielkim biznesem można rozmawiać tylko tym językiem, który jest dla niego zrozumiały. Można z nim rozmawiać za pomocą pieniędzy, bowiem praw człowieka biznes nie rozumie.

Tylko w ten sposób możemy na serio pokazać, że prawa człowieka nie są nam obojętne.  

Do następnego,

Intel-e-gent 

Listę partnerów możemy znaleźć np. tutaj  

10:24, intel-e-gent , Polityczne
Link Komentarze (6) »
sobota, 15 marca 2008

Zakończyła się sprawa pewnej ginekolożki z Żyrardowa, która została oskarżona o dokonanie 26 aborcji. Kobieta została skazana na dwa lata w zawieszeniu oraz grzywnę plus opłacenie kosztów sądowych.

Sprawa ta uchyliła nam rąbka tajemnicy na temat podziemia aborcyjnego w Polsce, które po pierwsze istnieje, a po drugie prężnie działa ratując każdego chętnego od niechcianej ciąży pod warunkiem posiadania odpowiedniej ilości środków płatnicznych.

Jest to też sprawa bulwersująca, bowiem skazano kogoś, kto (sądząc po ujawnionych stawkach) faktycznie pomagał osobom niezamożnym, nie mogącym sobie pozwolić na kolejne dziecko. Tym bardziej to bulwersuje, że nikt jeszcze nie skazał żadnego hipokryty odmawiającego aborcji w publicznym szpitalu (nawet w dozwolonych przez restrykcyjne przepisy) w zamian wtykającego wizytówkę swojego prywatnego gabinetu.

A już białej gorączki można dostać wiedząc, że ginekolożka wszystkie swoje pacjentki namawiała do utrzymania ciąży i urodzenia dziecka. Aborcji dokonywała tylko wtedy, gdy opór był bezcelowy i pobierała za to mniej więcej jedną trzecią stawki rynkowej, czyli de facto robiła to po kosztach.

Innymi słowy mówiąc skazano współczesnego Judyma w spódnicy.

I tu dochodzimy do najważniejszej rzeczy - sprawy nie byłoby gdyby nie pewna pacjentka, która długo błagała o aborcję z płatnością rozłożoną na raty. Gdyby lekarka się nie zgodziła, do dnia dzisiejszego mogłaby pomagać ludziom, ale nie mogła nie pomóc. I straciła na tym.

Nie wiemy co kierowało pacjentką. Ponoć obudziło się w niej sumienie. Ale możliwa jest też inna interpretacja: nie chciało się jej zapłacić reszty należności za zabieg. 

Przyznam szczerze, że skłaniam się ku właśnie takiej interpretacji. Nie wierzę w nagłe przebudzenie sumienia donosicielki, która zniszczyła osobę, która jej pomogła (prędzej uwierzę w rodzaj szoku). Doświadczenie podpowiada mi, że w takich sprawach powody donoszenia są zazwyczaj bardzo prozaiczne - nie mogła być to zawiść, a więc była chciwość. Lekarka została sprzedana za kilkaset złotych (co na pewno było sumą znaczącą dla donosicielki).

Nie znaczy to, że mamy wieszać psy na donosicielce. Przecież ona także jest ofiarą. Ofiarą ustawy odbierającej jej podmiotowość natychmiast po poczęciu.

I dlatego warto albo zmienić ustawę i dopuścić aborcję z przyczyn społecznych albo wziąć się wreszcie za edukację seksualną. A najlepiej wszystko to na raz. Inaczej znów ktoś, kto walczy z absurdami trafi pod sąd.  I w końcu nikt nie będzie chciał pomagać nikomu w obawie przed zaszkodzeniem samemu sobie. Bo z wczorajszego wyroku płynie okrutny morał - pomaganie  szkodzi.

Do następnego,

Intel-e-gent 

10:57, intel-e-gent , Polityczne
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 13 marca 2008

Kiedy patrzę na przepychanki wokół ratyfikacji Traktatu Lizbońskiego, to przypominają mi się czasy przedszkola. Pamiętam, że zdarzało się wtedy, że najbardziej obrażalskie dziecko w przedszkolu przypadkiem wpadło na pomysł świetnej zabawy i wszyscy świetnie się bawili aż do obiadu. 

Potem zabawa umierała śmiercią naturalną aż do momentu, w którym ktoś inny jej nie rozpoczął. I wtedy najbardziej obrażalskie dziecko zaczynało awanturę i próbowało wykazać, że ta zabawa jest głupia.

Zaczynała się wtedy wojna na pół przedszkola, połączona z chodzeniem do przedszkolanki.

Przyznam szczerze, że zachowanie Jarosława Kaczyńskiego i spółki (oraz brata) przypomina mi właśnie takiego obrażalskiego przedszkolaka. O to bowiem jeszcze w październiku Lech Kaczyński ogłaszał Traktat Lizboński sukcesem i mówił, że  "Polska w istocie wywalczyła wszystko, co chciała". 

Znając wątpliwą samodzielność prezydenta możemy być pewni, że takie było też zdanie Jarosława Kaczyńskiego. Zmiana, która nastąpiła od października wynika z bardzo prostej przyczyny - w międzyczasie Jarek stracił zabawki i teraz nie będzie mógł chwalić się ratyfikacją jako całkowicie swoim sukcesem.

W zaistniałych okolicznościach również PO zachowuje się idiotycznie. Zamiast po prostu ośmieszać braci Kaczyńskich podkreślając ich zasługi w wynegocjowaniu Traktatu, PO próbuje z PiSem i prezydentem rozmawiać. Jakby było o czym. Oczywiście dobry obyczaj nakazuje rozmawiać z każdą partią. Ale wydaje mi się, że tym razem można postąpić nie zgodnie z dobrym obyczajem, a zgodnie z zasadą, że z głupim się nie dyskutuje.

PiS bowiem sam siebie ośmiesza krytykując teraz Traktat, gdyż wciąż jeszcze sporo ludzi pamięta, że to Kaczyński i PiS negocjowali w Lizbonie.  I trzeba tylko trochę czasu by Jarosław Kaczyński zorientował się, że blokowanie Traktatu się nie opłaca.

Negocjowanie z nim i proponowanie uchwały zamiast ustawy itp. jest tylko podbijaniem bębenka i wodą na młyn PiS. Doprowadzić to może bowiem do sytuacji, w której Lech Kaczyński zagra nagle męża opatrznościowego i uratuje ratyfikację Traktatu. Co wcale jednak nie musi nastąpić. 

I tak polska polityka zagraniczna jeszcze raz pada ofiarą naszych wewnętrznych rozgrywek. Nie twierdzę, że Traktat Lizboński był oszałamiającym sukcesem. Ale jego ratyfikacja jest potrzebna aby poprawić funkcjonowanie Unii, której członkiem jesteśmy. I powinno nam zależeć, aby UE funkcjonowała sprawnie, bo broni ona także naszych interesów.

Zablokowanie Traktatu spowoduje tylko ośmieszenie Polski przed całą Unią i da czytelny znak, że z Polską nie ma co ustalać czegokolwiek.  A wszystko przez to, że Jareczek się obraził.

Fajnie, nie?

Do następnego,

Intel-e-gent 

22:11, intel-e-gent , Polityczne
Link Komentarze (2) »
środa, 12 marca 2008

Od lat zastanawia mnie dziwna niemoc polskich polityków (i nie tylko polityków) w kontaktach z naszym nowym wielkim bratem czyli USA. W zasadzie w żadnej kwestii nie potrafimy mieć innego zdania niż to, które wmawia nam amerykańska administracja.  Gdy USA czegoś chcą robimy to z serwilizmem świeżo zatrudnionego pracownika-lizusa, który chce się przed szefem wykazać.

Niepokojące w tym wszystkim jest to, że wszystko co Amerykanie wymyślą, traktujemy natychmiast jako element polskiej racji stanu, nie zastanawiając się przy tym, czy aby na pewno się to Polsce opłaci. Liczymy przy tym wyraźnie na to, że USA odwdzięczą się nam za samą naszą wierność. 

Podobnie jest z tarczą antyrakietową - nie przypominam sobie, aby ktokolwiek zastanawiał się nad tym czy aby na pewno tarcza ta jest na pewno Polsce potrzebna (nieśmiałych pobąkiwań Olejniczaka nie liczę, podobnie jak kompletnie ignorowanych pytań zadawanych w lewicujących czasopismach. Olejniczak, cokolwiek o sobie myśli, nie liczy się na scenie politycznej, a lewicujące czasopisma są ignorowane przez głównonurtowe media, co daje efekt jakby ich rozważania praktycznie nie istniały). Tymczasem już na pierwszy rzut oka, sprawa tarczy śmierdzi:

1. Jeżeli miałaby służyć przeciwko Korei Północnej czy Iranowi, to czemu umieszcza się ją w Polsce a nie na Hawajach, Alasce czy Wschodnim Wybrzeżu USA?  

2. Jeżeli ma służyć przeciwko Rosji, to po co umieszczać ją w zasięgu 1 dnia szybkiego rozpoznania bojem?

3. A jeśli ma służyć pokazaniu jaka to Ameryka jest wspaniała, wielka i w ogóle, to... to patrz punkt pierwszy.

Oczywiście, mówi się o korzyściach jakie mamy osiągnąć dzięki umiejscowieniu tarczy w Polsce. Amerykanie mają nam zmodernizować armię, zainwestować w przemysł w Polsce itp. Nikt przy tym nie zastanawia się jak wygląda realizacja offsetu za "supernowoczesne" F-16, które dostaliśmy po tym jak przez kilka lat nikt inny nie chciał ich kupić (przynajmniej w tej wersji wyposażenia, która ponoć wzbudza radość wśród rosyjskich pilotów). 

Nikt jednak nie zastanawia się jednak, co Polska chciałaby w zamian za narażanie swoich obywateli na zwiększone ryzyko (jeżeli miałoby to służyć przeciw Iranowi, to przecież zwiększa to ryzyko zamachów terrorystycznych, a jeżeli przeciw Rosji, to ewentualny konflikt Rosji z USA równałby się automatycznie wkroczeniu wojsk rosyjskich do Polski). Bredzi się tylko o tym, co Amerykanie obiecują, przy czym warto zwrócić uwagę, że niczego jeszcze nie obiecali na piśmie. 

I tak, nie zwracając uwagi na to jaki jest w tym nasz interes podajemy Polskę na tarczy.

A moglibyśmy się przynajmniej drogo sprzedać, bo to przecież Amerykanom, a nie nam tak naprawdę na tarczy zależy. 

Do następnego,

Intel-e-gent 

 

PS A propos poprzedniego wpisu , wygląda na to, że Czesi sądzą , że Bush jednak coś obiecał Tuskowi, choć nie zrobił tego na piśmie. Zmienia to nieco mój pogląd na sytuację, choć nie zmienia faktu, że poza pieczątkami w paszporcie Tusk niczego na piśmie z USA nie przywiózł.  

19:39, intel-e-gent , Polityczne
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 10 marca 2008

Przyznaję się bez bicia, że polityką zagraniczną interesuję się tylko wtedy gdy ma ona znaczący wpływ na politykę wewnętrzną. Niemniej nie mogę przejść bez komentarza koło wizyty premiera Donalda "Rejs" Tuska.

Zacznę może od pozytywów - czyli generalnie bardzo przyjemnego wizerunku tworzonego wokół premiera i jego wizyty. Żadnego buńczucznego potrząsania szabelkami i krzyczenia jacy to jesteśmy ważni. Widać, że premier i jego otoczenie przynajmniej chwilami zdaje sobie sprawę jak mało znaczy nieduży kraj nad Wisłą. W porównaniu do poprzedniej ekipy jest to niewątpliwy postęp.

Efekty osiągane przez Tuska wyglądają jednak na takie same jak poprzedników. Administracja amerykańska, w osobie prezydenta coś tam mówi, nawet ładnie i zazwyczaj to co chcielibyśmy usłyszeć natomiast niczego nie obiecuje. Osiąga jednak założone cele korzystając z prostych mechanizmów psychomanipulacyjnych. 

Spójrzmy na radośnie uśmiechniętą buźkę Tuska, ilustrującą artykuł o tym, że Bush sam z siebie wspomniał o problemie wiz dla Polaków.  Tusk jeszcze nie wierzy w swoje szczęście,  że sam prezydent wielkich Stanów Zjednoczonych  wspomniał o tak ważnym dla Polaków problemie jakim są wizy. Tusk&Bush

Ciekawe czy zdał już sobie sprawę, że był to tylko prosty chwyt, pozwalający Bushowi na przemknięcie się nad sprawą wiz bez zbędnych obietnic i, co ważniejsze, na pieprzenie farmazonów o tym, że USA pomogą modernizować Nam naszą armię. Zapewne tak samo jak realizują offset za F-16.

Wygląda na to, że premier pojechał do USA kompletnie nieprzygotowany na to, co może go spotkać w Waszyngtonie w czasie rozmów. W zamian za nic nie znaczące obietnice pozwolił potwierdzić, że Polsce też zależy na tarczy (co powiedziałbył Bush, ale premier przemilczał) i to właśnie te słowa poszły w świat osłabiając naszą pozycję negocjacyjną. Ciężko się będzie z tego wycofać. Kto cokolwiek negocjował ten wie.  

Oczywiście fajnie, że prezydent USA sam z siebie wspomina o dość ważnym dla wielu Polaków problemie, jakim jest traktowanie sojusznika w sposób raczej skandaliczny, ale nie powinno to przesłaniać szefowi rządu celu z jakim pojechał - obietnice na piśmie. A jak na razie dostał tylko słowa.

Rozmowy skończyły się więc tak jak zaczęła wizyta - fałszywą bombą. 

Do następnego

Intel-e-gent

PS Wciąż wierzę w to, że nasi negocjatorzy, którym premier utrudnił zadanie, zdołają nas jakoś z tej tarczy z twarzą wykaraskać. Albo chociaż zdobędą dla nas grube pieniądze za narażanie życia dla obrony amerykańskich red necków. No i mam nadzieję, że za kilka miesięcy będę mógł dzisiejsze słowa wypluć - w końcu, niezależnie od opcji politycznej reprezentowanej przez premiera, w USA był on moim przedstawicielem, któremu kibicowałem. 

Zdjęcie zamieszczone za gazeta.pl, autor JIM YOUNG REUTERS 

 

21:08, intel-e-gent , Polityczne
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 40