Zapiski z oblężonego miasta, czyli świat oczami inteligenta
counter
Kategorie: Wszystkie | Kino | Literackie | Od redakcji | Politologiczne | Polityczne | osobizde ;)
RSS

Literackie

czwartek, 23 grudnia 2010

Miejsce: Mała księgarnia sieciowa w jednym z warszawskich centrów handlowych.

Osoby dramatu:

Ja.

Elegancki pięćdziesięciolatek.(EP)

Liczni kupujący czyli anonimowy tłum.

W księgarni tłum kupujących, duża kolejka do kasy. Ludzie przechodząc mimowolnie się potrącają. Wciąż słychać "przepraszam" w różnych językach.

EP stoi i wzdycha nieco przygięty ciężarem książek, które trzyma stojąc w kolejce. Dodatkowo przeszkadza mu nieporęczna elegancka torebka z Triumpha. Jedna z zapatrzonych w książki osób potrąca go. Książki rozsypują się, torebka upada, wypada z niej elegancki komplecik seksownej damskiej bielizny. Mimowolnie schylam, aby mu pomóc pozbierać książki.

EP patrząc na mnie z zakłopotaniem:

Wie pan, świąteczne prezenty.

Ja z uśmiechem:

Oczywiście.

EP wpychając bieliznę do torebki i odbierając ode mnie wzdycha:

Co za czasy. Bielizna dla żony, książki dla kochanki.

Ja ze zdecydowanym zakłopotaniem:

Oczywiście.


Kurtyna

Tak a propos mi się przypomniała ta scenka, gdy czytałem pewien artykuł. Znak czasu?

21:49, intel-e-gent , Literackie
Link Dodaj komentarz »
piątek, 26 września 2008

Kawa. Poczta. Ogame. Planowanie telefonów na dzień bieżący. Dzień jak codzień.

Osoby:

Ja

Współpracownicza (W)

Dyrektor (D)

Reszta biura czyli wszyscy

Głos

Akt I i nie ostatni

Głos (nerwowo i chwilami jednym tchem, w każdym razie niewyraźnie): 

Blablablablagorżenie, prosimy o blakojne opuszszczenie miejsc pracy i udanie siędowyjśćewakuacyjnych.

W: No dobra, to jeszcze zamknę tę tabelkę i wyłączę komputer.

Ja (już stojąc i zakładając marynarkę. Opanowanym głosem): Zostaw to. Życie jest ważniejsze.

W (z roztargnieniem): To pewnie ćwiczenia

Ja: Tym bardziej chodź. Zaraz to zamkniesz.

W (wstaje, chwyta płaszcz, zastanawia się nad zmianą butów): No dobra, idę w kapciach.

Wychodzimy. Naciskam klamkę drzwi ewakuacyjnych. Zamknięte.

Ja (zachowując kamienną twarz): zejdziemy ze wszystkimi?

W (jakby chodziło o piknik): jasne. (błysk w oku) A co, zamknęli nam tutaj?

Kiwam głową. Spokojnie schodzimy piętro niżej.

Akt II

D (opanowany, odziany w elegancki płaszcz): Wszyscy są?

Wszyscy (chórem pełnym altów i sopranów): Taaaaak!

D: Bez paniki kierujemy się do wyjścia. (teatralnie naciska klamkę)

D (oddychając głęboko): Zamknięte.

Wszyscy (chórem): Ach cóż nam przyjdzie zginąć tu! Ach, ach ach!

W (nieśmiało): A drugie drzwi?

Wszyscy: Uratowani! Uratowani!

Ja (pod nosem, tak aby nikt nie usłyszał): Najpierw trzeba zejść.

Głos (jeszcze bardziej nerwowo i jakby obrażony): Blablablablablalarm odwołany. Nie ma zagłożenia. Prosimy o powłót do dotychczasowych zajęć.

Wszyscy: Hurra!

D: I to miałobyć zagrożenie? Nuda.

Kurtyna

PS Oparte na prawdziwych zdarzeniach...

Do następnego

Intel-e-gent

13:59, intel-e-gent , Literackie
Link Komentarze (3) »
sobota, 05 lipca 2008
W pierwszej chwili nie poznałem jej. Siedziała przy barze wpatrując się melancholijnie w kieliszek. Rozejrzałem się niepewnie, bo spóźnianie się nie było w jej zwyczaju. Moją uwagę przykuło pudełko papierosów, takie jakie paliła. To była ona. I jeszcze mnie nie zauważyła.

Zrozumiałem czemu nie rozpoznałem jej od razu. Jeszcze nigdy nie widziałem jej umalowanej. Miała mocno umalowane oczy, ale reszta była stonowana. Jak niewiele potrzeba by zmienić człowieka. Teraz jednak miałem przewagę w tej części damsko-męskiej rozgrywki.

Zaszedłem ją z tyłu i stanąłem obok niej. Mocnym, pewnym głosem (to zadziwiające, ale pomimo zdenerwowania udało mi się opanować) zapytałem barmana o jakieś głupstwo, kątem oka spoglądając na nią. Zareagowała. Leniwie odwróciła głowę i spojrzała na mnie. Uśmiech zakwitł na jej ustach.

To ona musiała wyjść z inicjatywą. Tak jak chciałem. I to był jedyny sukces tego wieczoru. Doskonale wiedziałem, że nie będę z nią sam na sam. Wokół niej zawsze krążyło wielu mężczyzn, niczym ćmy wokół ognia. To zadziwiające, jak tak sympatyczna i pełna ciepła dziewczyna potrafi okręcić sobie wokół palca wszystkich przedstawicieli płci przeciwnej znajdujących się w pobliżu. Niczym gwiazda chwytała każdego kogo chciała i przyciągała do siebie z siłą równą nieubłaganej sile grawitacji.

Patrzyła mi głęboko w oczy. Zuchwale, zupełnie jak nie ja, odpowiadałem na te spojrzenia. Powstrzymywałem się od mówienia o wszystkim, od męskiego odpowiednika trajkotania. Milczenie było tego wieczoru cenniejsze od złota. Oczywiście we właściwych momentach.

Zdawałem sobie bowiem sprawę, że nie mogę wlecieć w płomień. Nie teraz. Jeszcze nie w tej chwili. Że muszę jeszcze poczekać, aż odpocznę. Aż wrócę do równowagi po tym co się stało w ciągu ostatniego roku.

Nawet jeśli bym ją zdobył, to musiałbym się dzielić. A ja nie umiem się dzielić i nie chcę. Jestem zazdrosny i zaborczy, choć unikam okazywania tego.

Pilnowałem swego pancerza, nie wiedząc, że ona zachodzi mnie z flanki. Pociągnęła mnie za rękę i wpadłem w wir tańca. Poczułem zapach jej ciała i perfum. Jej serce biło przy moim, a muzyka grała jak szalona. Aromat młodej kobiety nie dał mi szans...

Ćma wleciała do ognia.
 
Do następnego, 
 
Intel-e-gent 

18:33, intel-e-gent , Literackie
Link Komentarze (7) »
czwartek, 28 grudnia 2006

Niestety tylko trójkę :)

Oczywiście znam prawdopodobieństwo trafienia głównej wygranej, ale nie przeszkadza mi to dobrze się bawić i grać od czasu do czasu. Policzyłem kiedyś, że nie wydaję na to więcej niż 20 złotych miesięcznie, a ten dreszczyk emocji rano, gdy otwieram gazetę jest bezcenny. Za wszystko inne zapłacisz kartą...

Ostatnio mniej uważnie przyglądam się temu co dzieje się na świecie. Nie mam na to siły i czasu. Dobrowolnie zdegradowałem się do poziomu taniej siły roboczej i odczuwam negatywne tego skutki - przepracowanie, liczenie się z każdym groszem i kurwienie na potęgę. Niedobrze. Pokusa powrotu pod mój Stalingrad jest silna. Tam miałem większą szansę wybicia się wyżej, choć w dłuższym czasie. Tu mam możliwość wybicia się szybciej, ale będzie to droga przez mękę ubóstwa.

I tak źle i tak niedobrze.

Kurwa mać.

Nu... osobiście jest dzisiaj. I dalej będzie :)

Codziennie patrzę na szarą i ponurą Warszawę i całym sobą odczuwam potrzebę nadejścia zimy. Zima jest zapowiedzią wiosny - biały puch pokrywający brud mojego miasta zapowiada zieleń jaka pojawi się w kwietniu i, w dalszej perspektywie, rozgrzane do białości chodniki każące zapominać o dniu jutrzejszym i żyć chwilą. Tymczasem chciałbym się cieszyć zimą, która pozwala się cieszyć własną zapobiegliwością. Tęsknię za widokiem pokrytych śniegiem Sadów Żoliborskich, wyglądających nocą niczym Narnia. Tęsknie za romantycznie wyglądającymi w zimie uliczkami Mokotowa i skrzypieniem śniegu pod butami gdy spaceruję karmiąc swój nałóg i estetyczne potrzeby. Na razie skazany jestem na brud i nawet błota nie ma...

Co za czasy...

Do następnego,

Intel-e-gent

22:39, intel-e-gent , Literackie
Link Komentarze (8) »
poniedziałek, 14 sierpnia 2006

Jakoś tak się złożyło, że weekend spędziłem w Łodzi, mieście - "ziemi obiecanej".

Bywałem już tam, więc nie spodziewałem się, że coś mnie zaskoczy, ale jak zwykle poraził mnie kontrast pomiędzy bogactwem i biedą, przywodzący na myśl kraje Trzeciego Świata. Kiedy wychodziłem z Manufaktury, osławionego już mallu, trafiłem na ulicę Gdańską. Chciałem nią dojść do Akademii Muzycznej, umiejscowionej w pięknym pałacu Poznańskiego (jednego z wielu). Stojąc na początku ulicy zapragnąłem się cofnąć do Manufaktury. Obie pierzeje Gdańskiej sprawiały wrażenie, jakby przed chwilą przeszła tamtędy wojna. Obsypujący się tynk, brudne ściany, dolatujący do mnie smród uryny i kału... No i ludzie (?) wychodzący z tych bram. Łysi, z agresją wypisaną na twarzy. Gdzie podział się ideał szlachetnego biedaka???

Zapuściłem się w Gdańską, po zapewnieniu mojego cicerone, że to bezpieczna okolica, a gorzej jest na Chojnach i Bałutach. Przełykając ślinę i trzymając rękę na nożu zanurzałem się w głąb, przekonując się z czasem, że dalej jest co raz lepiej. Kamienice wyładniały (choć nie stały się czystsze), a na horyzoncie pojawiła się AM.

Niestety nie dane mi było wejść do środka i obejrzeć zachwalanych secesyjnych wnętrz. Remont... Zrekompensowałem sobie to natychmiast wchodząc do Muzeum Sztuki Współczesnej, gdzie "przeleciałem" kolekcję, zatrzymując się tylko na chwilę, by przyjrzeć się Witkacemu. Moim celem nie była bowiem sztuka współczesna, a secesyjna klatka schodowa, którą obejrzeć można było dopiero po przejściu całego muzeum. Nie było źle... A wydać 4,5 dla takiego widoku było warto!!!

Popołudniem ruszyliśmy dalej, odkrywać Łódź. Względy czasowe powodowały nieodmienne ograniczanie się do okolic Pietryny, na której, w mniemaniu wielu ludzi, Łódź się kończy. Wiem, że to nie jest prawdą, ale moje wizyty w Łodzi w zasadzie do Pietryny się ograniczają. Pewnie dlatego, że na niej aż tak nie widać nieodłącznego folkloru Łodzi jakim jest bieda. Bieda i chamstwo, niestety.

By uciec od tego zajrzeliśmy do małego wnętrza, nieśmiało zaznaczonej przez kogoś, kto zna łódzkie knajpy, restauracji. Kiedy zamknęły się za nami drzwi znaleźliśmy się nagle w innym, dawno wymarłym świecie. Skrzypaczka grała smutne i wesołe żydowskie melodie, stoły wyłożono obrusami jak w staroświeckim domu. Straciliśmy poczucie czasu... Kieliszek wina, coś dobrego do jedzenia... Oprzytomnieliśmy po trzech godzinach... Z żalem opuszczaliśmy relikt wymarłego świata, przypominając sobie niesłuszne, w tym świetle hasło - Łodź katolicka.

Błądziliśmy jeszcze po okolicach Pietryny do późnych godzin wieczornych bolejąc nad losem sprzedających kwiaty dzieci (a gdzie jest PIP?) i innych widocznych biedaków. Boleliśmy tak całą żarliwością ludzi, których stać na wielkopańską wielkoduszność, gdzieś pod skórą cieszyliśmy się, że to nie my jesteśmy biedni...

Do następnego,

Intel-e-gent

 

14:23, intel-e-gent , Literackie
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3